23.10 2021
Timor Leste – najmłodsze państwo Azji Południowo-Wschodniej
To najmłodsze państwo w Azji Południowo-Wschodniej ma bardzo trudną, a zarazem ciekawą historię. Leży niemal na końcu świata, a dostęp do niego nie jest łatwy. Ze względu na swoje walory przyrodnicze i unikatową florę oraz faunę ma spore szanse stać się ciekawym miejscem podróżniczym.
Tekst i zdjęcia: Katarzyna Rymarzak
Ekscytująca niespodzianka
Na tę informację czekałam długo. Pewnego dnia odebrałam telefon i usłyszałam: „OK Kasia, Ty i Tomek lecicie do Dili, stolicy Timoru Wschodniego”. Co wiedziałam o Timorze? Tyle, że jest to najbardziej na wschód wysunięta indonezyjska wyspa i niewiele osób ją odwiedza. Zapowiadała się zatem bardzo ekscytująca podróż.
Czytaj również: Birma, kraj tajemniczy i nieodkryty
Na lotnisku w Dili spotkała mnie pierwsza niespodzianka. Podczas nieporadnego zdejmowania plecaka wymknęło mi się nasze narodowe, znane na całym świecie słowo. Okazało się, że nawet w odległym Timorze obsługa lotniskowa wie, co ono oznacza. Byłam zaskoczona, że dotarło nawet tu. Zaczęłam wypytywać, skąd ta wiedza o naszym kraju. Okazało się, że Polska jest tu dobrze znana. Nasz papież Jan Paweł II w 1989 roku odwiedził Dili, by zwrócić oczy całego świata na wewnętrzne i bardzo skomplikowane problemy Timorczyków. By upamiętnić tą wizytę, zbudowano ogromny pomnik Jana Pawła II na jednym ze wzgórz.
Turkusowe morze i piaszczyste, puste plaże
Stolica Timoru Wschodniego – Dili – leży pomiędzy dwoma wzgórzami. Na jednym z nich znajduje się pomnik Jana Pawła II, a na drugim Jezusa Chrystusa. Jest to była kolonia portugalska i 90 procent ludności to chrześcijanie.
Wizja zrobienia pięknych i niecodziennych ujęć przyciągnęła nas pod stopy Chrystusa. Po dotarciu do wzgórza i wdrapaniu się na sam szczyt, naszym oczom ukazał się niebotyczny widok. Niesamowity lazur morza i puste, piaszczyste plaże. Zaczęłam się zastanawiać, jak to możliwe, że nikt się nie kąpie. Jest niesamowicie gorąco, a nikt nie korzysta z tak urokliwych plaż. Po wymagającej wspinaczce postanowiliśmy zanurzyć się w turkusach Morza Banda.
Na noc zatrzymaliśmy się w konsulacie meksykańskim, bo cena za nocleg mieściła się w naszym budżecie, a warunki były wręcz idealne. Przynajmniej w porównaniu z tym, co działo się dookoła. Biedne dzielnice, dzieci bawiące się kamieniami i śmieciami w wyschniętym korycie rzeki. Bezradni mieszkańcy, próbujący sprzedać choć kiść bananów, garść owoców czy kokosa. Walka o przetrwanie była widoczna gołym okiem. Co jakiś czas przejeżdżał biały samochód ONZ. Widok czystej, eleganckiej białej koszuli na tle lepiącego się kurzem i skąpanego w ukropie miasta był dość szokujący. Dwie równoległe rzeczywistości, dwa światy żyjące razem, a jednak osobno. Po wrażeniach z całego dnia i z mnóstwem pytań poszliśmy spać.
Sprawdź także: Raja Ampat – raj na końcu świata
Obfite śniadanie, typowe dla europejskiego podniebienia, zapoczątkowało kolejny dzień. Sam konsul zaszczycił nas swoją obecnością. Wyraźnie ucieszony wizytą gości z Polski, ochoczo wypytywał o sytuację w kraju. Obserwując przepiękne timorskie rzeźby, których było mnóstwo dookoła, zapytałam o te najbardziej charakterystyczne. Z przodu sylwetka człowieka, kobiety i mężczyzny, a z tyłu jakby ogon krokodyla. Odpowiedź która padła, wprawiła nas w spore osłupienie.



