Raja Ampat – raj na końcu świata


Dla każdego z nas raj oznacza coś innego. Mogą to być wakacje na leżaku pod palmami, albo piesze wędrówki po górskich szlakach. Ja swój raj odkryłam przypadkiem, w jednym z najpiękniejszych miejsc na świecie.

Tekst i zdjęcia: Katarzyna Rymarzak

Taksówka przeciska się przez zatłoczone ulice Kuty, turystycznej enklawy indonezyjskiej wyspy Bali. W środku ja i mój towarzysz życia. Jedziemy na lotnisko odebrać kolejną grupę turystów. Zbliża się koniec sezonu, więc przed nami ostatnie tygodnie pracy i możemy planować swój własny, zasłużony wypoczynek. W głowach mnóstwo myśli i marzeń związanych z Indonezją.

Jest spory korek, więc bez większego skupienia zaczynamy przeglądać czasopisma znajdujące się w taksówce. W pewnym momencie spoglądamy na siebie z tym samym błyskiem w oku, pokazując sobie gazety otwarte dokładnie na tej samej stronie. Widnieje na niej zdjęcie z bajecznego archipelagu Raja Ampat.

Jest już jasne, gdzie spędzimy nasze wakacje.

Raja Ampat – klejnot Indonezji

Aby znaleźć się w jednym z najpiękniejszych miejsc na świecie, trzeba się nieco natrudzić. Lot z Europy na wyspę Bali trwa ok. 13 godzin, później jeszcze dwa wewnętrzne loty, prom i prywatna łódka. My na szczęście najdłuższą część podróży mamy już za sobą, bo wyruszamy z Bali.

Kasia i Tomek

Indonezja to niesamowity kraj, leżący na równiku między Oceanem Spokojnym a Oceanem Indyjskim. Jest to  największe wyspiarskie państwo na świecie. Składa się z 17 tysięcy wysp, z czego zamieszkałych jest ponad 900. I każda z nich jest inna. Mają swoje niepowtarzalne historie, kulturę, grupy etniczne i lokalne wierzenia. Wszystko to powoduje, że kraj ten jest intrygujący i fascynujący pod każdym względem.

Największym klejnotem Indonezji zdecydowanie jest Archipelag Raja Ampat, który znajduje się tuż u zachodnich wybrzeży wyspy Nowej Gwinei. Nazwa oznacza dosłownie 4 radżów (królów) i wywodzi się z lokalnej legendy. Kobieta znalazła 7 jaj, z których wykluło się 4 radżów głównych wysp (Waigeo, Misool, Salawati, Batanta), a pozostałe jaja stały się kolejno: kobietą, duchem i kamieniem.

Archipelag słynie z zapierających dech w piersiach widoków, lazurowo-błękitnych lagun i zielonych ostańców wapiennych, wystających z krystalicznie czystej wody. Opisując Raja Ampat, nie można nie wspomnieć o największej wartości tego miejsca, czyli o trójkącie koralowym, ciągnącym się pomiędzy Filipinami, Malezją i Indonezją. To tu znajduje się najbardziej bioróżnorodny obszar na świecie.

Niewątpliwą gwiazdą tych wód jest diabeł morski (manta), ale i niezliczone ryby, żółwie, diugonie i oczywiście rekiny rafowe. Nic dziwnego, że to miejsce przyciąga wszystkich tych, którzy kochają przyrodę i przygodę. Ja swoją przygodę przeżyłam pod wodą.

Endorfiny i adrenalina

W papuaskiej wiosce Yenbuba szykuję się do wejścia pod wodę. To ten moment, kiedy wiesz, że właśnie spełniasz swoje marzenie. Chwilę później aż nie mogę uwierzyć, że jest mi dane doświadczać tak cudownych chwil. Jakby ktoś wrzucił mnie do akwarium pełnego ryb i pozwolił z nimi pływać. Szalałam z radości.

Rajska plaża

Było tam wszystko: żółwie, ryby każdej wielkości i każdego koloru. Długie, chude, grube, z kolcami i… szczękami! Gdy nagle zobaczyłam półtorametrowego rekina, mózg dał mi znać, że czas się pożegnać z życiem. Znieruchomiałam i myślałam tylko o tym, że moja rodzina, zajęta swoimi sprawami w Polsce, niedługo odbierze telefon z wiadomością, że zjadł mnie rekin. Tymczasem on… obojętnie przepłynął obok.

Gdy się pozbierałam, odzyskałam rozum i moc w ciele, wydostałam się na pomost i zaczęłam opowiadać, co się stało. W odpowiedzi usłyszałam, że rekiny rafowe nie jedzą ludzi. W teorii wiedziałam, lecz przy tak bliskim kontakcie z tym drapieżnikiem emocje wzięły górę.

Namiastka raju

Domek z tarasem przy rafie koralowej

Przybywając do Rezerwatu Morskiego, mieliśmy swój plan. Zobaczyć na własne oczy to miejsce ze zdjęcia, które tak nas zachwyciło w taksówce. Piaynemo – zapierająca dech w piersiach wizytówka Raja Ampat, którą każdy, kto tu dotrze, powinien zobaczyć.

Ale było jeszcze coś, odległy Wayag, który wydawał nam się namiastką raju, dostępną tylko dla wybranych. To dziewicze, niezmącone działaniem człowieka małe wyspy na zachodzie archipelagu. Mało kto tam dociera, gdyż są one dosłownie na końcu świata. By tam dotrzeć, trzeba pokonać wielogodzinną trasę prywatną łodzią, co oznacza, że wydamy sporo pieniędzy.

A szyki i tak może nam pokrzyżować pogoda…

Ponieważ obie atrakcje dzieliła spora odległość, postanowiliśmy zatrzymać się w domku na plaży w połowie drogi. Domek z tarasem tuż nad rafą koralową wydawał nam się spełnieniem marzeń. To właśnie tam do nas dotarło, że przeżywamy jedną z największych przygód naszego życia. I choć nie mieliśmy czym świętować naszego sukcesu, to widok fosforyzującego planktonu, który rozświetlał mroki nocy, był lepszy niż najdroższy szampan.

Czy każdy raj ma swoją cenę?

Wyspy archipelagu Wayag na końcu świata

Oczywiście! To obszar najwyższego zagrożenia chorobami tropikalnymi, takimi jak malaria czy denga. Bliskość równika powoduje, że to co tak zachwyca, może nam zaszkodzić. Słońce pada tu pod kątem 90 stopni. Bez mocnego filtra i odpowiedniej odzieży można dostać udaru i poważnie poparzyć skórę.

Do tego dochodzi brak wszelkich cywilizacyjnych wygód: ciepłej wody, sieci komórkowej czy drinka. Nie każdy jest w stanie zapłacić taką cenę, by dostać się do tego raju. Tym bardziej, że dla każdego z nas raj jest czym innym.

***

Katarzyna Rymarzak – podróżniczka, pilotka i przewodniczka po Birmie, Tajlandii, Malezji i Indonezji. Pasjonatka fotografii, instruktorka fitness, autorka konta na Instagramie @puma_travel.style.

Zamów najnowsze wydanie „Mojej Harmonii Życia”.
W wersji papierowej lub e-wydania!

 

Sprawdź też: Martynika to koral oddzielający Atlantyk od Morza Karaibskiego

Dodaj komentarz