Niebo nad półwyspem i cytrynowa tarta


Florenckie lato zdaje się rządzić swoimi zasadami. Ma bardzo autonomiczny cykl, który starannie dzieli się na rozdziały zapełniające strony życia Florentyńczyków. Ciągłość linii czasu daje pierwsze zalążki lata już na Wielkanoc, zwiastując dla stolicy Toskanii nadchodzące pojedynki historycznych dzielnic.

W sporcie, który od wieków stanowi dumę miasta. Historyczny football florencki. Santo Spirito, Santa Croce, San Giovanni i Santa Maria Novella. Waleczni zawodnicy co roku ścierają się w walkach na Piazza Santa Croce goszczącym tymczasową arenę. Mecz finałowy zgodnie z tradycją odbywa się w przeddzień nocy świętojańskiej. Gloria zwycięzców zostaje przypieczętowana fajerwerkami, które barwią nocne niebo strzelając z Piazzale Michelangelo górującego nad miastem.

Całe Lungarno zamiera w bezruchu. Samochody właściwie nie jeżdżą, nie mogą, gdyż na jezdni wzdłuż rzeki, na chodnikach, na każdym skrawku ziemi siedzą ludzie, którzy jak zaklęci oglądają ogniste niebo. To samo, które przed wiekami oglądał Galileusz, pizańczyk pochowany w bazylice Santa Croce, w samym centrum wydarzeń. Oglądając omamionych niebem ludzi nachodzi mnie refleksja, że niebo nad półwyspem od zawsze mamiło Włochów.

Już od czasów rzymskich, kiedy Grecja została wcielona do cesarstwa, a wraz z nią nauki babilońskie. W tych czasach astronomia i astrologia nie były jeszcze rozgraniczone, stanowiły aspekty tej samej nauki, niejako jedno uzupełniało drugie. Przepowiednie z gwiazd i horoskopy gościły już w czasach Juliusza Cezara, jednak za jednego z pierwszych kultywatorów astrologii uchodzi Tyberiusz Klaudiusz Trazyllus, nadworny astrolog cesarza Tyberiusza.

I krocząc przez kolejne wieki oddziaływanie planet pozostało ważne w życiu ludów Półwyspu Apenińskiego. Astrologia jeszcze do XVII wieku stanowiła część astronomii, również Galileusz studiujący w Pizie kształcił się w niej czytając niebo. Co takiego wydarzyło się na przestrzeni lat, że dziedzictwo astrologii przestało mieć większe znaczenie na tle innych odziedziczonych tradycji cywilizacyjnych?

Jest naprawdę gorąco. Po nocy świętojańskiej do Florencji nadchodzi ukrop. Tutejsze lato pretensjonalnie oblepia każdego swoimi wilgotnymi mackami. Parująca rzeka Arno potęguje uczucie żaru, a komary niestrudzone i niezniszczalne polują bez litości. Każdy upalny poranek wraz z otwarciem balkonowych drzwi przywołuje wspomnienie mojego pierwszego lotu na Sycylię.

Gdy drzwi maszyny zostały otwarte, z zewnątrz uderzyło mnie piorunujące, oblepiające ciepło. Dlatego moje myśli w lipcu i sierpniu bardzo często oscylują dookoła tej wyspy. Może to właśnie przez to ostatnio astrologia fascynuje mnie trochę bardziej niż zazwyczaj? Postanawiam wypytać trochę mojego kolegę, który pochodzi z Neapolu, wszak południe to wciąż miejsce przesycone ezoteryzmem i wierzeniami. Roberto od kilku miesięcy profesjonalnie jest astrologiem.

Pierwsze wieczory lipca, siedzę w odświeżającym ogrodzie ulubionej kawiarni sącząc colę z wypchanej lodem szklanki. Lubię to miejsce, choć turystyczne serce miasta bije tuż za rogiem, ta niecka jest na szczęście omijana. Chłód powietrza zaczyna przykrywać umęczone latem ciała studentów dookoła. Roberto wbiega do ogrodu w tym samym momencie, kiedy lampki pomiędzy drzewami rozbłyskają. Ale wejście! Roberto prowadzi profil na Instagramie – @Cadestellenti , gdzie opowiada w przystępny sposób o tym, jak aktualne niebo może na nas oddziaływać.

– Przede wszystkim chciałem Ci powiedzieć, że zerknąłem do Internetu. I ku mojemu zdziwieniu w Polsce astrolog widnieje w oficjalnym rejestrze zawodów, natomiast we Włoszech nie. Nie spodziewałem się tego. – Widzę, że na twarzy mojego rozmówcy pojawia się uśmiech.

– Widzisz, we Włoszech zatraciliśmy w którymś momencie to dość spore dziedzictwo.

– Dlaczego? Wydawało mi się, że włoska kultura od zawsze przesycona jest ezoteryzmem. Wystarczy zagłębić się chociażby w życiorys Cagliostro.

– Bo jesteśmy blisko kościoła. A to wiąże się z utratą rzeczy, których papież nie aprobuje.

– Dziwne, przecież w wielu budowlach religijnych, szczególnie na Sycylii są odniesienia do astrologii.

– Nie tylko na południu. – Mówi Roberto. – Jeśli przyjrzysz się dobrze, i we Florencji doszukasz się ogromu symboli. Chociażby w Santa Maria Novella czy San Miniato na wzgórzu. Astrologia, numerologia, symbole naturalne…

– Ale skąd się tam wzięły?

– Chociażby za sprawą takich artystów jak Leon Battista Alberti.

– To początek renesansu?

– Zgadza się. To również mniej więcej czas tarota we Włoszech. Mówi się, że jest to wariacja talii kart sycylijskich, do gry w Briscolę. Jednak w tarocie karty z alegoriami, które miały stać się pewnego rodzaju kompasem dla osób pytających o drogę. W talii kart znajdziemy cesarza czy papieża, ale i przedstawicieli wierzeń ludowych. Jak chociażby diabła czy papieżycę.

– Papieżyca jest w ogóle bardzo tajemniczą postacią, która w oczach kościoła stanowiła duże zagrożenie. Legenda budziła strach do tego stopnia, że w sieneńskiej katedrze głowa papieża, który mógł być domniemaną papieżycą Joanną została usunięta, zostawiając pustą przestrzeń aż po dziś dzień. – Ta ciekawostka jest ze mną od moich studiów w Sienie. – Przychodzi mi do głowy pytanie. Czytałeś kiedyś karty dla samego siebie?

– Oczywiście, codziennie łowię dwie karty. Jako wskazówkę. I nawet, jeśli nie do końca zgadzam się z tym drogowskazem, stosuję się. I zazwyczaj dobrze na tym wychodzę.

– Czy to za sprawą jakiejś konkretnej osoby zacząłeś interesować się astrologią?

– Oczywiście, każdy ma swojego Ptolemeusza. Moim jest Lisa Morpurgo, wielka pisarka, która uporządkowała cały zaskakujący świat astrologii i numerologii w swoich fenomenalnych książkach, na których wychowało się całe pokolenie astrologów, w czym ja.

Lisa Morpurgo do dziś cieszy się ogromnym szacunkiem społecznym,  stanowi najtrwalszy filar współczesnej włoskiej astrologii jako nauki humanistycznej. Jej filozofia i nauki urzekły mnie do tego stopnia, że postanawiam przeczytać jej książki. A słowa Roberto i gorąc lata raz jeszcze przeniósł moją głowę na południe, wprost na ponad tysiącletni palermitański bazar Ballarò, pośród stosów orzeźwiających cytrusów. Cytrusy, choć dojrzewają zimą, właśnie w lecie ukazują w pełni swoje właściwości, skutecznie orzeźwiając i ochładzając organizm.

 

Tarta cytrynowa w poręcznej wersji

Krem

8 dużych cytryn

150 g cukru

120 g masła

2 jajka

4 żółtka

Kruszonka

50 g masła

50 g brązowego cukru

50 g mąki migdałowej

80 g mąki pszennej

2 g cynamonu

Beza

60 g białka

120 g cukru

Cytryny wyparzyć, przeciąć na pół i wydrążyć miąższ ze środka tworząc małe miseczki.

Ze strony, która będzie spodem miseczki, delikatnie ściągnąć nożem skórkę cytrynową. Dzięki temu miseczka z cytryny będzie stała stabilnie, a zdjętą skórkę użyjemy do kremu.

Zagnieść razem składniki na kruszonkę do momentu, aż zaczną się tworzyć małe bryłki. Wysypać równomiernie na blachę przykrytą papierem do pieczenia i piec do złotego koloru w 170 stopniach. To około 10-12 minut. Po ostudzeniu na dno każdej cytryny wsypać łyżkę kruszonki (około 1/3 wysokości cytrynowej miseczki).

Wycisnąć sok z miąższu pięciu/sześciu cytryn. Sok połączyć wlać do rondelka. Dodać cukier i skórkę z cytryn. Doprowadzić do wrzenia. Wyjąć skórkę, która już zdążyła nadać syropowi aromatu. Aby nieco przestudzić syrop, dodać masło. Gdy syrop przestygnie już do około 50 stopni, przelać go do metalowej miseczki, którą umieścimy w kąpieli wodnej. Dzięki temu krem nie przypali się w rondelku. W oddzielnym naczyniu roztrzepać jajka i żółtka. Dodać je do syropu i mieszać powoli, aż masa zacznie gęstnieć. Powinna mieć 82 stopnie. To mniej więcej moment, w którym w misce pojawi się pierwszy bulgocący pęcherzyk powietrza. Krem zdjąć z kąpieli wodnej i od razu można napełnić kremem cytryny do samego brzegu. Jeśli kruszonka zacznie się unosić razem z kremem, można nalać trochę kremu i schłodzić cytryny w lodówce lub zamrażarce, a dopiero potem dolać resztę. Włożyć cytryny do lodówki.

Beza szwajcarska to beza ocieplana w kąpieli wodnej. Lubię po nią sięgać ze względu na połysk i elegancką konsystencję, która konweniuje z takimi właśnie deserami. Cukier i białka należy umieścić w metalowej misce, którą następnie umieszczamy w kąpieli wodnej. Mieszając silikonową łopatką należy pilnować, aby na brzegach miski białko nie zaczęło się ścinać. Wystarczy, że nasze białka doprowadzimy do 60 st. C. To moment, w którym masa zacznie robić się mętnie mleczna, a przylegające do brzegów miski białko zacznie robić się białe. Wtedy białka przelać do misy miksera i ubijać dobre siedem minut, aż masa będzie sztywna, błyszcząca i ostudzona. Wtedy przy pomocy łyżeczki lub noża można nałożyć bezę na cytryny.

Tekst i zdjęcia: Antoni Rochala

Dodaj komentarz