
16.02 2025
Miłości nie trzeba rekomendować
Na słowo ayurweda trafiłam wiele lat temu. Zdążyłam zgłębić jej tajniki, przeczytać kilka książek na jej temat, a potem na sobie i bliskich przetestować jej działanie.
Wierzę głęboko, że podobne przyciąga podobne. I tak właśnie, w myśl tej zasady, w moim życiu pojawiła się Lena. Spotkałyśmy się na szkoleniu z konchowania uszu. Nie byłyśmy jedynymi uczestnikami kursu. Ale ćwiczyłyśmy na sobie, a potem wymieniłyśmy się numerami telefonów i tak jakoś poszło…
Lena jest dla mnie zjawiskiem, osobą niezwykle silną i ambitną, wierzącą w siebie, swoje umiejętności. Przeczytajcie o czym miałam okazję z nią rozmawiać.
Z Leną Szymborską rozmawia Katarzyna Płóciennik-Niemczyk.
Jak to się stało, że ayurweda i masaże ayurwedyjskie pojawiły się w Twoim życiu?
– Od zawsze czułam, że chcę pracować z ludźmi, ale też, aby nie było tak łatwo, nie potrafiłam tej potrzebie nadać konkretnego kierunku. Najpierw były studia pedagogiczne, a później praca biurowa w instytucji publicznej, gdzie z pracy „na chwilę” zrobiło się 17 lat. Żyłam w ciągłym poczuciu, że coś przegapiłam, że biegnę na oślep, jakbym kręciła się w kołowrotku rutyny odhaczając niekończącą się listę rzeczy do zrobienia, nie mogąc znaleźć pomysłu jak to zmienić, jak się zatrzymać i być bardziej w tu i teraz. Dopiero czas pandemii pozwolił mi nabrać dystansu, zwolnić, zajrzeć w głąb siebie i w końcu z tej pozycji bardzo szczerze zadać sobie pytanie: co mam robić w życiu? I przyszła odpowiedź, że cokolwiek to jest, ma to być z Miłości i w Miłości. Tylko tyle i aż tyle. Był to dla mnie punkt zwrotny, który otworzył przede mną ogromny potencjał wyboru swojej dalszej drogi. To było jakby nagle świeże powietrze wpadło przez okno do dusznego pomieszczenia. Powiew wolności wyboru, który sięga poza moje dotychczasowe doświadczenie i umiejętności, które wytworzyły we mnie jakieś pozorne granice. Zaczęłam zadawać sobie pytanie czego tak naprawdę pragnę jeśli spojrzę poza to, co do tej pory „zdobyłam”, co do tej pory mnie w jakiś sposób dookreślało. Pamiętam, że pojawiło się wtedy wspomnienie niezwykle głębokiego masażu ayurwedyjskiego, jakiego doświadczyłam kilka lat temu na wyjeździe jogowym i poczułam gdzieś głęboko, że ja też chcę dawać takie doświadczenia ludziom. Nie wiedziałam jeszcze wtedy zbyt wiele o ayurwedzie.
Twoja historia przypomina mi trochę opowieść mojej innej znajomej. Silna osobowość, menadżerka, trenerka sprzedaży, która w rozmowie ze mną mówiła tak: „Momentem zwrotnym w mojej karierze okazało się przyjście na świat pierwszego dziecka i brak możliwości realizacji siebie w taki sposób, w takiej rutynie, która towarzyszyła mi przez kilkanaście lat pracy zawodowej. Na co dzień doświadczałam pracy w warunkach stresu, pędu, totalnego rozłączania ze sobą swoim ciałem. Dotarłam do wypalenia zawodowego z którego skutecznie wyprowadziła mnie Ayurweda” . (Przyp. Red.) Marta Wesołowska – więcej o Marcie w kolejnym moim tekście i na Facebook – Marta Wesołowska Holistyczne wsparcie Liderek) Czy Twoim zdaniem musi dojść do wewnętrznego kryzysu, by mogło zadziać się coś więcej?
– „Totalne rozłączenie ze sobą i swoim ciałem” – zatrzymał mnie ten fragment wypowiedzi. To jest bardzo mocne, ale i prawdziwe. Im bardziej oddalamy się od siebie samych, tym bardziej cierpimy. Wydaje mi się, że życie wcale nie chce być dla nas tak brutalne. Ono puka do naszych drzwi najpierw bardzo subtelnie i delikatnie. Gdy tego nie słyszymy pukanie robi się coraz głośniejsze. To my nie chcemy albo nie potrafimy usłyszeć tego wołania, a jeśli nawet je usłyszymy oporujemy nie chcąc mu zaufać i się jemu poddać. Im dłużej pozostajemy w konflikcie, tak naprawdę z samym sobą, tym bardziej nas to boli. Jest to jak otwierająca się rana, na którą chcielibyśmy nakleić plaster. Pojawia się wtedy frustracja na sytuacje, na pojawiające się dysfunkcje, od których najchętniej chcielibyśmy odwrócić wzrok lub uciec zamiast w nie spojrzeć i uzdrowić. A życie cały czas do nas mówi, byśmy się zatrzymali, zwolnili i posłuchali, swojego ciała, odczuć, swojej intuicji – to są nasze kierunkowskazy. By zadziało się coś więcej, by żyć w pełni, w spokoju i w wolności musimy słuchać, a to czy dojdzie przy tym do wewnętrznego kryzysu to według mnie zależy właśnie od tego jak mocno oddaliliśmy się od siebie samych .
Ty ruszyłaś do Katowic uczyć się masaży ayurwedyjskich?
– Zależało mi na gruntownym przygotowaniu do tej pracy, zarówno praktycznym jak i teoretycznym. W internecie trafiłam na program studiów podyplomowych ”Masaże ajurwedyjskie – starożytna sztuka w nowoczesnym gabinecie” na Górnośląskiej Wyższej Szkole Handlowej im. Wojciecha Korfantego w Katowicach (obecnie Akademii Górnośląskiej im. Wojciecha Korfantego w Katowicach) i od razu poczułam, że to jest to. Niezwykle bogaty i ciekawy program, doświadczeni nauczyciele, mnóstwo praktyki i wysoki poziom jak i wymagania spowodowały, że czułam jak moje pragnienie zostania masażystką nabiera konkretnej formy. Każdy zjazd był dla mnie niezwykłą kopalnią wiedzy i inspiracji. Szkoła dała mi nie tylko doskonałe przygotowanie do wykonywania zabiegów ajurwedyjskich ale również teoretyczne podstawy samej ajurwedy, anatomii czy ziołolecznictwa. Każdy z nauczycieli był inny i od każdego mogłam wynieść ogrom wiedzy, niezwykle cennej bo popartej praktycznym doświadczeniem. Niesamowitą inspiracją były również koleżanki z roku, każda z inną historią, ale każda też na swój sposób w jakimś przełomowym momencie swojego życia.
Czy sama żyjesz zgodnie z filozofią ayurwedy? Czy postawiłaś raczej tylko na masaże?
– Szukam w życiu prostych rozwiązań, pewnego powtarzalnego w różnych naukach czy kulturach wzorca prawd o życiu i zdrowiu, których skuteczność stosowania potwierdzają setki a nawet tysiące pokoleń. Ayurweda doskonale usystematyzowała i połączyła w jedno to wszystko, co jest dla mnie uniwersalne. Jej głównym zadaniem jest zachowanie zdrowia zdrowych i leczenie chorób chorych poprzez przywrócenie naturalnego i swobodnego przepływu energii życiowej poprzez wzmacnianie, oczyszczanie i równoważenie ciała, umysłu i ducha. Na przywrócenie takiego naturalnego dobrostanu wpływa m.in. odpowiednie odżywianie, higiena snu, medytacja, odpowiednia aktywność fizyczna jak również poddawanie się zabiegom ayurwedyjskim. Odpowiadając na Twoje pytanie, to tak, korzystam z metod dbania o siebie, jakie niesie ze sobą ayurweda.
Przytoczę Lena teraz fragment mojej rozmowy z wspomnianą już Martą Wesołowską, która m.in. zajmuje się holistycznym wsparciem liderek, jest też konsultantką ayuredyjską (Przyp. Red. Marcie Wesołowskiej poświęcę kolejny tekst).
„Wg Ayurwedy wszystko w całym wszechświecie jest kombinacją 5 podstawowych żywiołów-ziemi, przestrzeni, wody, ognia i powietrza. Z tych żywiołów powstały nasze, ludzkie unikalne kombinacje tzw. dosze. Dosza to energie zarządzająca całym naszym organizmem:
Vata to kombinacja powietrza i przestrzeni,
Pita to kombinacja ognia i wody,
Kapha to kombinacja wody i ziemi.
Równowaga tych 3 dosz i 5 żywiołów jest niezbędna do zdrowia. W Ayurwedzie definicja zdrowia to nie tylko stan gdy nie mamy dolegliwości czy choroby. To również psychiczny spokój i emocjonalna równowaga. Jeżeli ciało jest zdrowe, ale w umyśle panuje chaos, niestabilność, zamknięcie to nie oznacza zdrowia. Ayurweda, dając nam pełną wiedzę na temat naszej natury (skan psychiczno-fizyczno-duchowy) głęboko nurkuje w to co jest dla nas możliwe, osiągalne, a co warto zostawić, puścić, zaakceptować. Proponuje indywidualne sposoby do utrzymania zdrowia w pełnym holistycznie rozumianym ujęciu”.
Pięknie powiedziane, prawda? Podobnie postrzegasz ayurwedę – ten holistyczny system leczniczy?
– Tak, dokładnie. Ayurweda postrzega człowieka w sosób holistyczniy. Tu umysł, ciało i dusza stanowią jedność, co oznacza, że dysharmonia jednego aspektu będzie wpływać na całość. Wszelkie zalecenia i zabiegi ajurwedyjskie mają za zadanie powrót do naszego wzorca energetycznego (Prakriti), innymi słowy subtelnego balansu unikalnych i pierwotnych proporcji energii żywiołów, które obecne były w momencie naszego poczęcia. Dopiero powrót do tego stanu równowagi objawia się w zdrowiu, spokoju i spełnieniu. Jest to nasza pierwotna dosza. Już sama wiedza o swojej naturze sprawia, że wiemy co nam tak naprawdę służy a co nie dzięki czemu mamy dla siebie dużo więcej akceptacji a nasze wybory stają się prostsze. Należy jednak mieć na uwadze, że prakriti jest ukryte, pod tym co jest w dysharmonii i może nie być takie oczywiste do uchwycenia. Lepiej po jego diagnozę udać się do doświadczonego lekarza lub konsultanta ayurwedyjskiego, który określi je np. z pulsu. Testy dostępne w internecie na określenie naszej doszy, mogą wprowadzić nas w błąd, diagnozując to co jest aktualnie w dysharmonii (tzw. Vikriti). Na przykład od lat żyjemy w tak dużej nierównowadze, że uzewnętrzniamy większość cech Vata (Vikriti), choć naszym prakriti jest Pitta.
Wrócę do masaży i zapytam o to jak wyglądały twoje początki jako masażystki?
– Było to mocne wychodzenie ze strefy komfortu i dużo praktyki. Pamiętam jak po weekendowych zjazdach w Katowicach, pracy na etacie, obowiązkach związanych z trójką dzieci rozkładałam stół do masażu, często dopiero po godz. 22.00. Ćwiczyłam na mężu każdy z zabiegów, by utrwalać wiedzę i przygotowywać się do egzaminu. Później w ramach dalszej praktyki masowałam znajomych i rodzinę zbierając cenny feedback, aż w końcu przyszła gotowość, aby wyjść z moimi usługami do świata.
Kim są zatem twoi klienci? Kto do ciebie przychodzi?
– Nie widzę tu żadnej tendencji, co mnie bardzo mnie cieszy, bo daje mi to poczucie, że to, co robię jest dostępne dla każdego. I może coś w tym jest, bo w sanskrycie ayurweda to wiedza o życiu i długowieczności …a to przecież interesuje nas wszystkich.
Zastanawiałaś się nad tym, co jest dla ciebie największym sukcesem?
– Chyba to, że odważyłam się podążać za głosem serca, doświadczając życia bez oceny, bez oczekiwań i w dużym zaufaniu. Odkrywam dzięki temu w sobie ogromną siłę, która wzmacnia mnie w pokonywaniu trudności czy lęków. Otrzymuję w zamian niesamowite doświadczenia, nowe głębokie znajomości i możliwości na jakie bym nawet nie wpadła, np. prowadzenie zajęć uważności w przedszkolu czy praca z kamertonami czy konchami. Nie wiem gdzie dalej zaprowadzi mnie ta droga, ale wiem, że chcę nią dalej iść.
Doświadczyłam na własnej skórze masaży ayurwedyskich w twoim wykonaniu. Było to bardzo ciekawe i głębokie doświadczenie. Ale chciałam jeszcze zapytać o kamertony. Jak to się zaczęło?
– Kamertony zaintrygowały mnie kilka lat temu. Trochę wtedy czytałam na ich temat, a nawet rozglądałam się za jakimś praktycznym szkoleniem, ale nic wtedy z tego nie wyszło. Dopiero kiedy zaczęłam prowadzić warsztaty z dziećmi powróciłam do tego pomysłu. Na wyposażeniu przedszkola, w którym pracuję były misy dżwiękowe i dzwonki koshi, które pragnęłam wpleść w zajęcia. Wiedząc jednak jak dużą moc ma wibracja nie chciałam używać instrumentów tylko i wyłącznie intuicyjnie. Trafiłam wtedy na kurs: „Misy dźwiękowe/kamertony w terapii, rehabilitacji i profilaktyce dzieci, młodzieży i dorosłych” do Piotra Larysza. Ogromna i konkretna dawka wiedzy i praktyki jaką otrzymałam, pozwoliła mi wejść głębiej w fascynujący świat muzyki i jej wibracji.
Komu poleciłabyś korzystanie z masaży ayurwedyjskich i terapii kamertonami? Czy są one dla każdego?
– Zarówno kamertony jak i masaże ayurwedyjskie poprzez przywracanie naszej naturalnej wibracji czy równowagi energetycznej prowadzą nas do połączenia ze swoją naturą i prawdą, po to byśmy mogli przejawiać w pełni swój potencjał wzbogacając świat naszymi unikalnymi jakościami. Niesiemy w sobie nieopisane piękno i moc, dlatego decyzja o wejściu na drogę powrotu do siebie jest według mnie przejawem najwyższej formy Miłości, a Miłości chyba nie trzeba nikomu rekomendować.
Fot. Archiwum Leny Szymborskiej