30.03 2026
Pasztet z pasztetami wielkanocnymi
Wzruszenie babę ogarnęło chwilowe. Zajętą w kuchni bardzo była, gdy za jej plecami Wolf stanął z kwiatem pięknym w pysku. Że owczarek niemiecki jedyny w rodzinie wysiłki jej przedświąteczne docenia, pomyślała. Zaraz jednak zastanowienie przyszło, skąd ów hiacynt się wziął. Z grządki, co ją dziecko kwiatami obsadziło.
Jak baba przed dom wyszła, oczom jej grządka obłożona kwiatami się ukazała. Wszystkie wykopanymi zostały, a trzema cebulkami Lea w najlepsze się bawiła. No to baba po łopatkę i rękawice wróciła i sadzeniem tego co ocalało się zajęła. Zamiast pasztety do pieczenia szykować.
Przyjaciółce jednej pozazdrościła, co oszustwo wielkanocne szykuje. Że nowy przepis ma, rodzinie obwieściła i na spróbowanie kupiony pasztet wegetariański dała.
– Lepszy niż ten w ubiegłym roku – mąż ocenił. – Tylko może większe na święta zrób.
– Nie da się, przepis na foremki małe mam – skłamała spokojnie, bo taki facet nie wie, że wielkość foremek znaczenie najmniejsze ma.
– Zdrowiej będzie, więc grzechu nie mam – obawy koleżanek skwitowała.
Dwie inne przyjaciółki baby na wspólne pieczenie pasztetów się umówiły.
– Możesz babo z nami, dwie formy do piekarnika zmieszczą się jeszcze – zachęcały. – Naleweczę smaczną popijać będziemy…
Odmówić baba musiała, bo ona hurtowo raczej pasztety piecze, sześć przynajmniej. Pieczenia odmówiła, bo spotkania przy nalewce nie. Gdy przybyła koleżanki mięso przemielone już miały, a butelkę do połowy opróżnioną.
__________________________________________
Podoba Ci się Tydzień Baby?
INNE PRZYGODY BABY ZNAJDZIESZ TUTAJ. KLIKNIJ!
__________________________________________
– Pyszna jest, ale uważać trzeba, bo jak soczek smakuje, a mocna bardzo jest – gospodyni babę uprzedziła.
– Widzę po was – baba się zgodziła. – Wesołe takie już jesteście.
– Nie pij jeszcze babo! – przyjaciółka nagle kieliszek niegrzecznie jej odebrała. – Spróbujesz czy dobrze doprawiony, bo my smaku już możemy nie mieć.
No to baba cierpliwie czekała aż całość wymieszają, a z butelki wciąż ubywało. Gdy wreszcie po swój kieliszek sięgnąć mogła, synowa gospodyni do kuchni wpadła.
– Ojej, butelkę całą prawie wypiłyście! – oburzenia wykazała.
– Na trzy to tak dużo nie jest przecież – przyjaciółka zaprotestowała, a baba lojalnie przemilczała fakt, że ona kieliszek pierwszy pije dopiero.
– Ale ja ostatnią butelkę na przeziębienie dla dzieci miałam – synowa rozżaloną była.
– Nalewkę dzieciom dajesz? – baba się zdumiała, bo synowa lekarką jest.
– Jaką nalewkę? Sok malinowy wypiłyście…
Tekst i zdjęcie: Kamilla Placko-Wozińska
