Pasztet z pasztetami wielkanocnymi


Wzruszenie babę ogarnęło chwilowe. Zajętą w kuchni bardzo była, gdy za jej plecami Wolf stanął z kwiatem pięknym w pysku. Że owczarek niemiecki jedyny w rodzinie wysiłki jej przedświąteczne docenia, pomyślała. Zaraz jednak zastanowienie przyszło, skąd ów hiacynt się wziął. Z grządki, co ją dziecko kwiatami obsadziło.

Jak baba przed dom wyszła, oczom jej grządka obłożona kwiatami się ukazała. Wszystkie wykopanymi zostały, a trzema cebulkami Lea w najlepsze się bawiła. No to baba po łopatkę i rękawice wróciła i sadzeniem tego co ocalało się zajęła. Zamiast pasztety do pieczenia szykować.

Przyjaciółce jednej pozazdrościła, co oszustwo wielkanocne szykuje. Że nowy przepis ma, rodzinie obwieściła i na spróbowanie kupiony pasztet wegetariański dała.

– Lepszy niż ten w ubiegłym roku – mąż ocenił. – Tylko może większe na święta zrób.

– Nie da się, przepis na foremki małe mam – skłamała spokojnie, bo taki facet nie wie, że wielkość foremek znaczenie najmniejsze ma.

– Zdrowiej będzie, więc grzechu nie mam – obawy koleżanek skwitowała.

Dwie inne przyjaciółki baby na wspólne pieczenie pasztetów się umówiły.

– Możesz babo z nami, dwie formy do piekarnika zmieszczą się jeszcze – zachęcały. – Naleweczę smaczną popijać będziemy…

Odmówić baba musiała, bo ona hurtowo raczej pasztety piecze, sześć przynajmniej. Pieczenia odmówiła, bo spotkania przy nalewce nie. Gdy przybyła koleżanki mięso przemielone już miały, a butelkę do połowy opróżnioną.

__________________________________________

Podoba Ci się Tydzień Baby?

INNE PRZYGODY BABY ZNAJDZIESZ TUTAJ. KLIKNIJ!

__________________________________________

– Pyszna jest, ale uważać trzeba, bo jak soczek smakuje, a mocna bardzo jest – gospodyni babę uprzedziła.

– Widzę po was – baba się zgodziła. – Wesołe takie już jesteście.

– Nie pij jeszcze babo! – przyjaciółka nagle kieliszek niegrzecznie jej odebrała. – Spróbujesz czy dobrze doprawiony, bo my smaku już możemy nie mieć.

No to baba cierpliwie czekała aż całość wymieszają, a z butelki wciąż ubywało. Gdy wreszcie po swój kieliszek sięgnąć mogła, synowa gospodyni do kuchni wpadła.

– Ojej, butelkę całą prawie wypiłyście! – oburzenia wykazała.

– Na trzy to tak dużo nie jest przecież – przyjaciółka zaprotestowała, a baba lojalnie przemilczała fakt, że ona kieliszek pierwszy pije dopiero.

– Ale ja ostatnią butelkę na przeziębienie dla dzieci miałam – synowa rozżaloną była.

– Nalewkę dzieciom dajesz? – baba się zdumiała, bo synowa lekarką jest.

– Jaką nalewkę? Sok malinowy wypiłyście…

Tekst i zdjęcie: Kamilla Placko-Wozińska

Moja Harmonia Życia – czytaj najnowszy numer!

Dodaj komentarz