Tajlandia to barejowski kraj, czyli rozmówki polsko-tajskie


Jaka jest Tajlandia? Z Mateuszem Biskupem, Polakiem mieszkającym w Bangkoku, nauczycielem języka angielskiego rozmawia Anna Dolska.

Z zimnej Anglii przeprowadziłeś się do upalnej Tajlandii. Trudno było się zaadoptować? Dlaczego wybrałeś Tajlandię?

Właściwie to ze Szkocji, jeszcze zimniejszej niż Anglia. W dodatku przyleciałem do Bangkoku w kwietniu, czyli najgorętszym miesiącu tutaj. Nie ma co ukrywać – szok termiczny był ogromny. Teraz już się trochę przyzwyczaiłem. Wskutek perturbacji rodzinnych postanowiłem otworzyć nowy rozdział w swoim życiu. Najpierw myślałem o Australii, ale zniechęciły mnie tamtejsze procedury wizowe.

Polecamy również: Rozmówki polsko-norweskie: W dążeniu do hygge

Trafiłem na bloga Polaka, który pracował w Bangkoku jako nauczyciel angielskiego. To zawód, w którym miałem pewne doświadczenie – po ukończeniu studiów w Stanach przez pięć lat pracowałem w Poznaniu jako nauczyciel języka angielskiego w prywatnym liceum. Postanowiłem, że postawię na tę kartę. No i bingo! W Bangkoku znalazłem pracę w prywatnej szkole podstawowej już pierwszego dnia, właściwie kilka godzin po wylądowaniu. Pracuję w tej szkole do dzisiaj – już ponad sześć lat!

Jesteś jedynym ,,białym” w szkole. Czy ma to jakieś znaczenie dla szkoły, że zatrudnia Europejczyka?

Zatrudnienie nauczyciela „faranga” – bo tak nazywają tutaj białych – to punkt honoru każdej szkoły. Biała twarz robi bardzo dobre wrażenie na rodzicach uczniów. Lubią się pochwalić przed znajomymi, że ich dziecko jest uczone przez native speakera. Ja nie jestem native speakerem, ale ze względu na amerykański dyplom za takiego mnie uznają. No i biała gęba to dla nich zawsze albo Anglik, albo Amerykanin. Nie wchodzą w szczegóły i bardzo słabo znają geografię.

Polacy są narodem emocjonalnym. Nie ukrywają zwłaszcza negatywnych emocji, które dla Tajów oznaczają ,,utratę twarzy”. Mocno trzeba się starać, żeby nie okazywać emocji?

Oj bardzo! Dla Tajów człowiek okazujący publicznie negatywne uczucia, to człowiek słaby. Traci on u nich cały szacunek. Trzeba się bardzo pilnować, bo okazji, by ,,wyjść z siebie” z nerwów jest tu bardzo wiele. Nie zawsze udaje mi się powstrzymać na wodzy mój temperament, ale ratuje mnie to, że u Tajów mamy swego rodzaju taryfę ulgową. Oni wiedzą, że przybywamy z zupełnie innej kultury i biorą na to poprawkę.

Jak traktuje się w Tajlandii nauczycieli? Stosunki między dziećmi a dorosłymi różnią się od naszych?

Nauczyciele cieszą się tutaj ogromnym szacunkiem. To jeden z najbardziej szanowanych zawodów w Tajlandii, zaraz po mnichach buddyjskich uważanych za osoby święte. Mimo że mieszkam w Tajlandii już ponad sześć lat, nadal nie mogę się przyzwyczaić do tego, że ochroniarze w moim apartamentowcu na mój widok stają na baczność, trzaskają obcasami i salutują mi jak jakiemuś generałowi. Na ulicy obce dzieciaki podchodzą do mnie i składają głęboki ukłon „wai”, mówiąc z wielkim szacunkiem: „Sawadee kap khun kru!”, co oznacza: „Dzień dobry, panie nauczycielu!”.

Sprawdź też: Rozmówki polsko-angielskie: Między bytem a tęsknotą za krajem

Kiedyś chciałem przejść przez ruchliwą Ramintra Road, koło której leży moja szkoła. Akurat w pobliżu nie było przejścia dla pieszych ani kładki. Jadący ulicą policjant zatrzymał motocykl, ustawił go w poprzek jezdni, zeskoczył z niego z lizakiem w dłoni i kiwnął do mnie głową, bym przechodził. Wyobrażacie to sobie?! Gliniarz wstrzymał ruch na jednej z głównych arterii komunikacyjnych Bangkoku, bo pan nauczyciel chciał sobie przejść przez jezdnię! I to w niedozwolonym miejscu…

Mieszkam w dzielnicy, gdzie jest bardzo mało białych, więc na mój widok (biała gęba, koszula z krawatem, czarne spodnie, torba na ramieniu…) każdy Taj w mig domyśla się, jaki zawód wykonuję.

To tylko fragment artykułu… Cały znajdziesz w wydaniu:

Zamów najnowsze wydanie „Mojej Harmonii Życia”.
W wersji papierowej lub e-wydania!

Dodaj komentarz