Akademia Spaceru – felieton Agnieszki Bagrowskiej   


Podczas jazdy samochodem zawsze słucham radia. Ostatnio dowiedziałam się, że powstała akademia dajmy na to spaceru (celowo nie przytaczam pełnej nazwy). Oniemiałam. Żyjemy w czasach niesamowitego postępu technologicznego, w czasach dynamicznego rozwoju środków masowego przekazu. Ludzie poróżują z jednej półkuli na drugą, całe życie się edukują, a nie potrafią sami wyjść na spacer? Absurd!

Akademia Spaceru

Pani, która utworzyła ową szkołę, przekonuje mnie w dalszej części audycji, że do niedawna uważano, iż człowiek powinien spacerować pół godziny dziennie. Badania najnowsze wskazują jednak, iż wystarcza 15 minut. Myślę, że nie potrzeba przeprowadzać badań, aby wysnuć taki wniosek. Myślący człowiek zdaje sobie sprawę, że każda minuta aktywności fizycznej, przekłada się na jego zdrowie.

Przeżyłam przeszło pół wieku, ktoś powie stara baba! Co ona tam wie?! Pewnie po części tak jest. I pewnie dlatego coraz częściej się dziwię.

Czytaj również: Mania betonowania – felieton Agnieszki Bagrowskiej

W każdym razie, w czasach mojego dzieciństwa spacery nie były przedsięwzięciem na miarę podboju kosmosu. Podobnie jak pójście z dzieckiem do parku, ogródka jordanowskiego czy na plac zabaw. Nie dość, że rodzice sami potrafili podjąć decyzję o wyjściu  na świeże powietrze, to jeszcze dzieci umiały sobie zorganizować zabawę. Zdaję się, że nie było pań-animatorek.

Oczywiście doceniam, że ktoś zachęca do ruchu, za moich czasów robił to redaktor Tomasz Hopfer w Teleranku.  Ale na Boga, po co do tego akademia? Nie muszę kontaktować się z panią instruktor, żeby ruszyć cztery litery z kanapy. Mam swój rozum, nie najmłodszy, ale jeszcze działający. Nie muszę mierzyć, ważyć swojego wysiłku fizycznego. Poświęcam na niego tyle czasu i sił, ile mogę. Tak sobie myślę.

Polecamy też: Co tam panie z tą higieną? – felieton Agnieszki Bagrowskiej

Spacer, truchcik, bieg czy co to by nie było, ma być również przyjemnością, relaksem. W moim wypadku dla mnie, i mojego psa. Z Fafikiem maszerujemy sobie piaszczystą drogą wśród pól do lasu. Zwierzak przeszczęśliwy, hasający, sadzi jak zając, uszy mu fruwają na wietrze. A ja na głos opowiadam sobie lekcje, które przygotowałam na kolejny dzień. Ktoś powie wariatka! Odpowiem: Nie groźna.

Nie liczę przebytych kilometrów i straconych kalorii. Nie robię zdjęć, nie umieszczam relacji na fb. Spaceruję wyłącznie dla siebie.

Ci którzy uważają, że do spaceru potrzebny jest im coach (modne słowo) niech może pobiorą aplikację „włącz mózg”. Nie będą wtedy tracili pieniędzy na wymyślaczy dziwnych przedsięwzięć.

Zdjęcie: Shutterstock

Dodaj komentarz