Magdalena Majcher: Marzeniom trzeba pomóc

Magdalena Majcher, pisarka, autorka m.in. powieści „Wszystkie pory uczuć. Jesień”, wydanej pod patronatem Mojej Harmonii Życia, w rozmowie z Beatą Woźniak.

 

Od literackiego debiutu minęło niewiele ponad rok, a ukazały się już kolejne trzy pani powieści. Czy zdarza się pani wracać myślami do dnia, w którym okazało się, że zostanie wydany „Jeden wieczór w Paradise”?

Magdalena Majcher: Zdarza mi się jak najbardziej. Mam wrażenie, że emocje już nigdy nie będą tak wielkie, jak za pierwszym razem, to było coś absolutnie nowego. Teraz na przykład ulatują mi szczegóły, w jakich okolicznościach podpisałam umowy na kolejne książki, a doskonale pamiętam chwilę, kiedy dostałam wiadomość, że moja pierwsza powieść zostanie wydana. Często o tym myślę.

 

Czy to była pierwsza powieść, którą pani napisała?

Magdalena Majcher: To była druga, którą skończyłam i pierwsza na tyle dobra, że mogła trafić do szerszego grona odbiorców. Mam też jeszcze kilka tekstów, których nie skończyłam. Wbrew pozorom, najtrudniej jest nie zacząć pisać, a właśnie skończyć, postawić tę ostatnią kropkę. I potem znaleźć wydawcę.

 

Pierwsza książka – powiem szczerze – była chyba zbyt depresyjna jak na warunki panujące na rynku. Uważam, że każdy pisarz powinien mieć taką książkę tylko dla siebie, której nie wydał. To jest właśnie ta moja książka.

 

Debiut bardzo zmienił pani życie?

Magdalena Majcher: Bardziej niż debiut moją sytuację życiową zmieniła druga książka „Stan nie! błogosławiony”, która spotkała się z o wiele większym zainteresowaniem, była chętniej kupowana, zaczęło się też wtedy zaciekawienie mediów moją działalnością.

 

Pierwsza powieść to było próbowanie, smakowanie tego literackiego życia. Po „Stanie nie! błogosławionym” wszystko ruszyło z kopyta. I mogę powiedzieć, że dzisiaj to jest jedno z moich głównych zajęć, poświęcam mu mnóstwo uwagi.

 

Moje życie wygląda teraz zupełnie inaczej niż rok czy dwa lata temu: spotkania autorskie, rozmowy z czytelnikami, kontakt z blogerami, wywiady – wszystko podążyło w zupełnie nowym kierunku.

 

Oprócz tego, że jest pani żoną i mamą, to także pisarką, blogerką, copywriterką i recenzentką. Znajduje pani czas na wypoczynek?

Magdalena Majcher: Dwa razy w roku robię sobie wolne. Zawsze jest to jeden z miesięcy wakacyjnych i druga połowa grudnia, czas świąteczno-noworoczny. Daję sobie wtedy trochę oddechu, ale też na co dzień udaje mi się na chwilę zaszyć się z książką…

 

A jednak książki?

Magdalena Majcher: Tak, myślę, że jestem trochę nudna. Odpoczywam, czytając. Czytam też książki zawodowo – mój blog, który teraz trochę kuleje, to było kiedyś około 20 recenzji miesięcznie, teraz są trzy, cztery notki. Czytam mniej niż kiedyś. Oprócz tego, że piszę książki, pisuję też opowiadania dla czasopism, teksty copywriterskie i recenzje. Dużo jest tych zajęć i niestety na bloga, który jest moją pasją, brakuje mi teraz czasu.

 

Idzie pani trochę pod prąd – trudne tematy, ważne społecznie kwestie, mocne osadzenie w realiach, kontrowersyjne decyzje…. Dlaczego nie jest tylko lekko, łatwo i przyjemnie?

Magdalena Majcher: Bo inaczej mi nie wychodzi… tak po prostu. Piszę takie książki, jakie sama chciałabym czytać. Nie przepadam za romansami i superlekkimi historiami.

 

Wolę, kiedy książka niesie ze sobą większy ładunek emocjonalny, porusza trudne tematy, dylematy natury moralno-etycznej i sama piszę takie książki.

Myślałam, że „Jesień”, która właśnie ma premierę, będzie lekka i przyjemna, ale dowiaduję się od pierwszych Czytelników, że tak wcale nie jest, więc chyba mi już nic takiego nie wyjdzie i muszę się z tym pogodzić. Ale wydaje mi się, że sam styl jest lekki i on równoważy tę potężną dawkę emocji, a książka jest dzięki temu bardziej przystępna.

 

Zaczynając pisać powieść, realizuje pani systematycznie plan czy też czeka na odpowiedni dzień, moment, wenę, nastrój?

Magdalena Majcher: Piszę przez siedem dni w tygodniu, najchętniej od rana do wieczora. Wygląda to jednak tak, że przez dłuższy czas, na przykład kilka miesięcy, historia dojrzewa w mojej głowie, ale kiedy już zaczynam pisać, zachowuję się jak człowiek uzależniony.

 

Bolą mnie nadgarstki, boli mnie kręgosłup, nie ma ze mną kontaktu, najchętniej bym nie wychodziła z domu i pisała bez przerwy.

 

Czy lubi pani swoje bohaterki? Która jest pani najbliższa?

Magdalena Majcher: To nie są postaci jednoznacznie czarne lub białe. Wydaje mi się, że każda z nich ma trochę negatywnych i pozytywnych cech. Są po prostu ludzkie. Niektóre mocno mnie irytują, na przykład Nina z „Matki mojej córki” – to jest taka kobieta, z którą podejrzewam, że nie porozumiałabym się. Ona ma zupełnie inne priorytety. Ale w końcu dowiadujemy się, dlaczego taka jest. Z kolei Hania z „Jesieni” denerwowała mnie swoją naiwnością.

 

I chciała ją pani zmienić?

Magdalena Majcher: Tak. Ale Hania wychowała się w domu dziecka. I przygotowując się do pisania tej powieści, rozmawiałam z dyrektorką Domu Dziecka w Sosnowcu, czytałam na ten temat i musiałam się wcielić w rolę – kobiety już dojrzałej, u której pozostawiona przez matkę pustka nigdy nie została zapełniona. Ten brak pewności siebie, to wręcz służenie innym ludziom wynikają z jej trudnej przeszłości. A najbliższa jest mi Pola ze „Stanu nie! błogosławionego”. Może dlatego, że pojawia się tam wątek autobiograficzny – Pola pracuje jako copywriterka, wolny strzelec i marzy o wydaniu powieści. Tam między innymi opisałam drogę, jaką sama przeszłam.

 

Pierwsza część cyklu „Wszystkie pory uczuć”, „Jesień”, właśnie się ukazała. Czy może pani powiedzieć coś więcej na temat całości? Czy wiele będzie łączyło poszczególne części?

Magdalena Majcher: Każda książka jest odrębną historią i można czytać ją bez znajomości poprzedniej. Ale występują pewne powiązania. Na przykład bohaterka „Zimy” pojawia się jako postać drugoplanowa w „Jesieni”. Poznajemy więc losy bohaterów, którzy gdzieś tam się przewijają w poszczególnych częściach.

 

Co jest w pisaniu najciekawsze?

Magdalena Majcher: Chyba to podekscytowanie, kiedy wpadam na kolejny pomysł i stopniowo pojedyncze elementy wskakują na właściwe miejsca, tworząc całość. Kiedy pojawiają się poszczególne sceny, które potem przenoszę na papier. Samo pisanie jest już trochę pozbawione tej magii, zmechanizowane, ale też bardzo je lubię.

 

Są jakieś ciemne strony?

Magdalena Majcher: Nie lubię redagowania. Podchodzę do tego jak do obowiązku. To co napisałam, najchętniej posłałabym już w świat, prosto do czytelnika.

 

Jedna z bohaterek „Jesieni” mówi: problemy należy rozwiązywać, a marzenia spełniać – czy tak jest także w pani przypadku?

Magdalena Majcher: To moje motto życiowe. Przez Renatę przemawiają więc moje własne przekonania i przemyślenia. Uważam, że nie ma sytuacji bez wyjścia, problemy można rozwiązać, ale nie można ich zostawić, a marzenia są od tego, żeby je spełniać. One się nie spełnią same, trzeba im troszkę pomóc.

 

Co powiedziałaby pani tym, którzy marzą o pisaniu jako o sposobie na życie?

Magdalena Majcher: To nie jest łatwy kawałek chleba. Trzeba próbować. Pisać, pisać, pisać…. i jeszcze raz pisać. Szukać optymalnej drogi. Uważam, że blog jest w dzisiejszych czasach takim polem, na którym można doszlifować warsztat, zdobyć obserwatorów. Ale trzeba się też przygotować na wiele porażek.

 

Dziś mam wrażenie, że więcej osób pisze niż czyta, więc można tylko walczyć o swoje i doskonalić się, bo bez tego trudno o sukces.

Na przykład teraz nie jestem w stanie czytać swoich tekstów sprzed kilku lat, nawet debiutanckiej książki. Nie satysfakcjonują mnie już. Piszę więc codziennie, pracuję nad sobą i jestem dumna, że robię postępy.

 

Więcej artykułów przeczytasz w nowym numerze „Mojej Harmonii Życia”. 

Znajdziesz nas w Salonach Empik, punktach Ruch, Inmedio, Relay. Możesz też zamówić prenumeratę. Sprawdź tutaj. Elektroniczna wersja magazynu do pobrania tutaj.

Skomentuj

Twój komentarz musi zostać zaakceptowany przez moderatora zanim zobaczysz go na stronie.



x