Już wiem, dlaczego umieramy przedwcześnie…

Nic nie zapowiadało końca beztroskiego życia. Odkąd pamiętam, energii zawsze miałam pod dostatkiem. W liceum nie należałam do grona prymusów, a studia okazały się być tym etapem życia, na który tyle lat czekałam. Zmiana miejsca zamieszkania, zmiana otoczenia i nowe możliwości, które wykorzystywałam maksymalnie jak się da. Z dala od rodzinnego domu, w końcu mogłam decydować o sobie. Wtedy wydawało mi się, że tego najbardziej potrzebuję – wyzwolenia z sieci rodzicielskich.

 

Tekst: Magdalena Dorko-Wojciechowska
Zdjęcie: imf.pl

 

Imprezy do białego rana, praca popołudniami i nauka, rzecz jasna, na szarym końcu listy obowiązków. To był bardzo dobry czas, który pokazał mi, że jestem zaradna, kreatywna i odważna. Już wtedy wiedziałam, że siedzenie na czterech literach nie jest dla mnie. Nie było rzeczy, której nie potrafiłabym zrobić. Zawsze miałam odpowiedź na każde pytanie, co z kolei nie każdemu się podobało. To był piękny, beztroski czas, który pokazał mi także drugą stronę dorosłości.

 

Koszty utrzymania, dbanie o dach nad głową i pilnowanie źródła dochodu stały się, obok edukacji, ważnym aspektem życia w wieku 21 lat.

 

Po zdobyciu tytułu magistra zamieszkałam w  Warszawie. Było ciężko. Bez doświadczenia zawodowego, kolejny raz w nowym miejscu zaczynałam układać sobie życie. Niby przebojowa, zaczęłam zamykać się w swojej skorupie, z poczuciem winy i  odosobnienia. Miałam wrażenie, że świat zaczyna być moim wrogiem. Pracowałam wtedy jako stewardessa w  Polskich Liniach Lotniczych LOT, jednak nie potrafiłam cieszyć się z tego.

 

To był koszmar, który dręczył mnie przez dwa lata. Nie dlatego, że nie lubiłam tej pracy, wręcz przeciwnie. Do dziś uwielbiam podróżować. Problemem było moje samopoczucie. Zaczęłam przybierać na wadze i spałam po 10 godzin dziennie. Wydawało mi się, że tak musi być, bo się starzeję. Co za paradoks. Jak dzisiaj pomyślę, że w wieku 25 lat uważałam, że się starzeję, to płaczę ze śmiechu.

 

Mój stan się pogarszał. Marzłam latem w dłonie i stopy i zaczęło dzwonić mi w uszach. W pewnym momencie już nawet przywykłam do podwyższonej temperatury ciała, która oscylowała wokół 37,5°C i towarzyszyła mi bezustannie przez prawie dwa miesiące. Gdyby nie mój mąż, wtedy jeszcze narzeczony, który bardzo zainteresował się moją apatią i przygnębieniem, kto wie, być może własnymi wymówkami zaniedbałabym się tak, że dzisiaj mogłoby mnie już nie być.

 

To był najtrudniejszy etap w moim życiu. Od gabinetu do gabinetu. Zalecano mi antybiotyki i kuracje sterydowe, które oczywiście przyjmowałam z  akceptacją. Część specjalistów traktowało mnie jak hipochondryczkę. Jakiś obłęd.

 

Trafiłam wreszcie do świetnej Pani doktor, która okazała się moją „koleżanką” z  pracy (była pilotem Boeinga 767). Znalazła u mnie alergię pyłkową na bylicę i trafiłam do alergologa. To było fenomenalne posunięcie, gdyż wtedy okazało się także, że mam Hashimoto.

 

To tylko fragment artykułu…

Cały tekst przeczytasz w styczniowym numerze

„Mojej Harmonii Życia” (do pobrania tutaj).

Znajdziesz nas również w Salonach Empik, punktach Ruch, Inmedio, Relay.

Możesz też zamówić prenumeratę. Sprawdź tutaj.

Skomentuj

Twój komentarz musi zostać zaakceptowany przez moderatora zanim zobaczysz go na stronie.



x