Jak odróżnić prawdziwego znachora od oszusta samozwańca

Czym jest znachorstwo? Jak zrozumieć to pojęcie? W Polsce jest ono kojarzone z nielegalnymi  praktykami  lekarskimi. W ciągu kilku ostatnich lat spotkałem się z takimi informacjami w mediach: „znachor zniszczył życie  młodej dziewczynie”, „znachor odpowie przed sądem za spowodowanie uszczerbku na zdrowiu”, „znachor stosował  nielegalnie praktyki medyczne, przez co zniszczył zdrowie wielu swoich pacjentów”. Z tych opinii wynika jasno, że  znachor jest szarlatanem. Jest kłamcą, jest oszustem. Ale to nie znachor zniszczył życie młodej dziewczynie, tylko  oszust podający się za znachora stosował techniki, o których nie miał zielonego pojęcia. Natomiast wywęszył w tym  możliwość zarobku.

 

Tekst: Maciej Starko
Zdjęcie: pixabay.com

 

Spytacie teraz o jakich technikach miał mieć pojęcie? Mianowicie – o technikach znachorskich, opierających się na  uzdrowieniu, a nie na leczeniu. Chociaż w niektórych krajach, w szpitalach leczenie idzie w parze z uzdrawianiem, w  Polsce jeszcze możemy o tym pomarzyć.

 

A szkoda, bo jedna i druga forma w połączeniu dają dużo lepsze rezultaty w  pracy nad poprawą zdrowia.

 

Czym więc są techniki znachorskie? Jestem pewien, że słyszeliście już słowo „szeptucha”. Tzw. szeptuchy, mieszkające zazwyczaj przy wschodniej granicy naszego kraju, pomagają ludziom od wielu, wielu lat. Nigdy się nie  reklamują, dlatego mało jest informacji w Internecie na ich temat.

 

A jednak takie postaci, jak Serwinka spod Lublina  są już w branży uzdrowicielskiej uznawane za kultowe bądź legendarne. Wspomniałem natomiast o szeptuchach.  Zaczyna nam się już robić dużo tych pojęć. „Szeptucha”, „znachor”, „uzdrowiciel”. Czym oni się od siebie różnią? I co to ma wspólnego z medycyną?

 

Zawód: bioenergoterapeuta

Zacznę może od mojej ulubionej, a jednocześnie najprostszej definicji:

 

„Lekarz leczy lekami, uzdrowiciel uzdrawia,  znachor zna chorobę. Szeptucha szepcze, a wiedźma wiedzę ma.”

 

Prościej tego się wytłumaczyć nie da. Lekarz w swojej pracy opiera się głównie na wiedzy, którą pozyskał na studiach  medycznych oraz późniejszej pracy zawodowej. Uzdrowiciel, żeby móc nazywać się uzdrowicielem, też przecież musiał nabyć gdzieś jakieś umiejętności. Kto więc go weryfikuje? Bo przecież nie Akademia Medyczna… Większość  uzdrowicieli w Polsce – tych prawdziwych – to głównie osoby wykorzystujące m. in. bioenergoterapię.

 

Bioenergoterapeuta to zawód. Zdziwieni? Zajrzyjcie do wykazu pozaszkolnych zawodów Ministra Rodziny, Pracy i  Polityki Społecznej. Co więc trzeba zrobić, żeby zostać bioenergoterapeutą? Zdobyć wiedzę na odpowiednim kursie  organizowanym przez właściwą instytucję szkoleniową bądź zajmujące się tym organizacje – najlepiej takie, które są  wpisane do Rejestru Instytucji Szkoleniowych. Dlaczego? Bo takie organizacje są weryfikowane przez Wojewódzkie Urzędy Pracy.

 

Ale można pójść inną drogą. „Bioenergoterapeuta” jest zawodem rzemieślniczym i podlega „Ustawie o rzemiośle z  dnia 22.03.1989 r., z nowelizacją obowiązującą od 5 grudnia 2015 r.”. Wiąże się to z podejściem do egzaminów  czeladniczych lub mistrzowskich, które są weryfikowane przez Izby Rzemiosła. Wystarczy zdać taki egzamin i założyć  działalność gospodarczą. Płacić ZUS, odprowadzać podatki i ZACZĄĆ UZDRAWIAĆ! Tego, tak prawdę mówiąc, może nauczyć się każdy.

 

Nie trzeba mieć „powołania” czy nadzwyczajnego daru. Ten nadzwyczajny dar jest po prostu mitem. Wyżej  wymienieni bioenergoterapeuci są też często nazywani znachorami. Na pewno bliżej już  temu określeniu do    bioenergoterapii niż do medycyny konwencjonalnej. Natomiast znachor w swojej pracy wykorzystuje techniki  zaczerpnięte z ludowej medycyny słowiańskiej. Są to techniki opierające się głównie na oczyszczeniach  energetycznych.

 

Stąd ta analogia do bioenergoterapii. Techniki wykorzystywane przez znachora to m.in. szepty, ziołolecznictwo,  spalanie róży, przelewanie wosku, oczyszczanie jajem oraz wiele różnych innych technik.

W wosku prawda

Funkcjonuje to mniej więcej tak – jeżeli te techniki nie byłyby skuteczne, to nikt by z nich nie korzystał. Ja sam  korzystałem z przelewania wosku, a dokładniej mój dwuletni syn. Mieliśmy z żoną serdecznie dosyć nieprzespanych  nocy. Gabryś budził się przez trzy tygodnie zlany potem z ogromnym płaczem, niemal histerią.

 

To tylko fragment artykułu…

 

Cały przeczytasz w najnowszej „Mojej Harmonię Życia” (do pobrania tutaj).

Znajdziesz nas również w Salonach Empik, punktach Ruch, Inmedio, Relay.

Możesz też zamówić prenumeratę. Sprawdź tutaj.

 

 

 

Skomentuj

Twój komentarz musi zostać zaakceptowany przez moderatora zanim zobaczysz go na stronie.



x