Glastonbury to serce świata i… duszy

| Październik 14, 2019 | AKTUALNOŚCI, Harmonia, Harmonia duszy | Brak komentarzy
Glastonbury

Renchie odbiera nas z lotniska. Ma na głowie peruwiańską czapkę i ciągle się uśmiecha. Kiedy ruszamy jego niewielkim autem w drogę, wybiera trasę wiodącą przez soczystą zieleń pastwisk i wzgórz. Dużo opowiada o naturze, którą podziwiamy przez okna. W końcu zbiera się w sobie i pyta, czy przyjechałyśmy w te strony ot tak, po prostu, czy może jesteśmy tu nie bez powodu. Odpowiadamy otwarcie: my z tych, którzy jadąc do Glastonbury po raz pierwszy, czują się, jakby wracali do domu.

 

Tekst i zdjęcia: Donia Bielawska, Jaga Woś i Sandra „Sasanka” Plajzer

 

Są takie miejsca, do których tęskni się najmocniej, mimo że nigdy wcześniej się w nich nie było. Ponoć to dlatego, że tęskni za nimi dusza, która z rozrzewnieniem wspomina dawne lekcje, jakie wydarzyły się w tych rejonach i pozwoliły jej doświadczyć ważnego aspektu człowieczeństwa. W tych miejscach ogarnia nas niewyjaśnione wzruszenie. Melancholia. Wewnętrzna promienność. Poczucie, że po długiej tułaczce wreszcie zawitało się do domu. Walijczycy określają to zjawisko słowem “hiraeth”.

 

Jesteśmy… u siebie?

Dojeżdżamy do uroczego angielskiego domku przycupniętego na wzgórzu. Renchie jest tu gospodarzem. Zachwycamy się jego ogrodem, bujnym i nieco dzikim. Zastygamy w podziwie nad niesamowitym widokiem z tarasu – przed nami rozpościera się złoty zachód słońca zawieszony nad łąkami.

 

W głębi serca czujemy, że znamy ten widok. Wrażenie przybiera na sile – zdaje się, że drogi nie po raz pierwszy zaprowadziły nas do Glastonbury, jednego z siedmiu najbardziej magicznych miejsc na świecie. Do ziemskiej czakry serca, bardzo potężnego miejsca mocy. To tutaj krzyżują się dwie linie geomantyczne – Michaela i Mary. To tutaj duchowość miesza się z magią, religie współistnieją w zgodzie, a mieszkańcy wiodą sielskie życie. To tutaj jest wszystko, za czym tęskniłyśmy. Słońce chowa się za horyzontem, a my nadal patrzymy.

 

High Street

Z samego rana ruszamy przed siebie. Główna ulica Glastonbury jest jak z bajki. Pachnąca dymem z kadzideł, pstrokata, z mnóstwem zagadkowych podwórek. Wzdłuż niej sklepy ezoteryczne, wiccańskie i z dewocjonaliami tulą się do siebie w całkowitej harmonii.

 

Uliczka na każdym kroku zaskakuje baśniowymi detalami, które każda z nas odkrywa z radosnym okrzykiem – takim, który wyrywa się z piersi, gdy spośród kępki koniczyn wyłania się ta wyjątkowa, czterolistna. Tu ustrojona kwieciem rzeźba bogini. Tam wystawa rodem z pracowni alchemika. Nieco dalej parking dla mioteł, a przy nim cudna mandala namalowana na chodniku przez nieznanego artystę. Obok rysunku wejście do średniowiecznej gospody, pełnej kurzu, który pamięta zapewne Wojnę Dwóch Róż.

 

Zaglądamy w każdy zaułek, myszkujemy. Czujemy się jak odkrywcy w krainie czarów. Chcemy dostrzec każdy szczegół, jaki składa się na ten niezwykły obraz, żeby później jak najwierniej odtwarzać go w pamięci. Z uważnością dzieci badamy to, co sklepiki mają na sprzedaż. Poznajemy aromaty pęczków niebieskiej szałwii i kosmicznych olejków. Gramy na kalimbach i szamańskich bębnach. Oglądamy kryształowe czaszki i różdżki z jesionowego drewna.

 

 

The Chalice Well

Schodząc z High Street, udajemy się do lokalnych ogrodów, zaraz za leniwie frunącym trzmielem. Szepczemy między sobą w czystym zachwycie. Znajdujemy się w miejscu cichej refleksji – nie chcemy burzyć jego spokoju zbyt głośną rozmową. Mijamy innych ludzi zagubionych w gęstej zieleni i kwiatach. Oni również szemrzą, nie głośniej niż wiatr w liściach. W ogrodzie panuje więc cisza, przerywana jedynie brzęczeniem pszczół i szumem wody.

 

Woda ma tu szczególne znaczenie ze względu na krynicę The Blood Spring, źródła o leczniczych właściwościach. Dzień jest chłodny, jednak zostawiamy na brzegu buty i zanurzamy stopy w rudawym strumieniu. Lodowata woda po niedługiej chwili odbiera czucie w skórze, mimo to wrażenie jest przyjemne.

 

W dalszej części ogrodu napełniamy butelkę zdrojem tryskającym z lwiej paszczy. Opłukujemy w nim kryształy i wahadła. Dumający wokół ludzie idą za naszym przykładem, jednak my już kierujemy się do samego serca ogrodu – do The Chalice Well, czyli studni życzeń skrytej w zaciszu głogów. Jej uniesiona, zdobiona pokrywa przywodzi na myśl wrota do innego świata. Zostajemy tu na dłużej, kontemplując piękno miejsca i chwili.

 

The White Spring

Zostawiamy ciche ogrody za sobą i ruszamy dalej. Myślami jesteśmy już przy czakrze serca, która mieści się na pobliskim wzniesieniu. Widzimy, jak wzgórze ciekawsko wychyla się zza dachów okolicznych domów. Droga staje się coraz bardziej stroma. W jednej chwili przystajemy. Zatrzymują nas… dźwięki, tak nietypowe dla miasteczka, że aż trudne do przeoczenia. Wodospad? Towarzyszą mu głosy – szepty, śpiewy, pomruki. Zwabione tą zagadkową symfonią zbliżamy się do jej źródła, niepozornego kamiennego budynku, w którym panuje ciemność. Napis przy wejściu informuje, że odnalazłyśmy – zupełnie przypadkiem – The White Spring, zdrój o ogromnej mocy, tryskający spod czakrowego wzgórza. To święte miejsce, pełne czarów i portali do świata wróżek. Można tu wejść jedynie na własną odpowiedzialność.

 

Zanurzamy się w mroku. W świątyni palą się miriady świec. Dym z kadzideł otula nas na powitanie, oprowadza po wnętrzu jak niematerialny przewodnik. W centrum budowli natrafiamy na baseny z wodą, zbudowane według zasad świętej geometrii. Ludzie zanurzają w nich dłonie i stopy, obmywają twarze. Niektórzy, rozebrani do naga, odprawiają rytuały i wykonują piękną choreografię gestów, jakie dla obserwatorów stanowią zagadkę. Wokół basenów migoczą pogańskie ołtarze – światło świec kładzie się na posążkach i symbolach pochodzących z różnych miejsc świata.

 

 

Czarna Madonna z Rocamadour. Wenus z Willendorfu. Triskelion. Ganesha. Wszystkie otoczone kryształami, monetami, kwiatami, muszlami. Są też szczególne zakamarki. Do pierwszego prowadzi nas portal wróżek. Znajduje się tam święta przestrzeń władcy Annwn. Król krainy wiecznej szczęśliwości spogląda na nas surowo z obrazu. Czujemy, że tym razem nie ma nam nic do zaoferowania, więc z szacunkiem wycofujemy się i kierujemy do ustrojonego wstążkami szałasu. Siadamy na ławeczce, tuż obok malowidła, na którym widnieje zakapturzona kobieta z kulą światła w dłoniach. To Brygida, bogini ognia. Jej przestrzeń wydaje się nam przytulna, zapraszająca, pełna tajemniczej energii. Zostajemy więc, skulone pod obrazem. Trudno określić, jak długo tam jesteśmy. Pięć minut? Pięć godzin?

 

Glastonbury Tor

Trzy wielkomiejskie kobiety mocy, twórczynie kanału Spoko Czarodziejki na YouTube. Łączą psychologię z duchowością, nauką samoakceptacji, magią i zdrowiem, a wszystko to w duchu pozytywnego podejścia do życia.

Po trosze oszołomione, a po trosze rozmarzone wznawiamy wędrówkę. Jesteśmy już niemal u celu podróży. Promienne od duchowych przeżyć dziarsko pniemy się pod górę, podziwiając nieokiełznaną gęstwinę po obu stronach drogi. Wzgórze wyłania się zza drzew całkiem nagle. Otoczone pastwiskami, na których owce z zapałem przeżuwają polne zioła, sprawia wrażenie zaklętego. Zupełnie jakby wiele wieków temu ugrzęzło w załamaniu sekundy i trwało do dziś, odporne na upływ czasu. Na jego szczycie stoi samotna wieża.

 

Do budowli wiedzie dróżka przecinająca łąkę usianą żółtymi kwiatami. Wspinamy się na samą górę odprowadzane uważnym, owczym spojrzeniem. Ciężko opisać, co czujemy. Jesteśmy zawieszone gdzieś pomiędzy pięknymi widokami a rozpływającą się po ciele i duszy błogością. Wokół nas przemieszczają się inni ludzie, w większości klasyczni turyści, ale właściwie nie widzimy ich i nie słyszymy – przepływają obok jak chmury po niebie. Siadamy na gołej trawie w pewnej odległości od wieży. Milczymy, patrzymy przed siebie na zielone tereny hrabstwa Somerset. Stopniowo przestajemy być świadome swojej obecności. W końcu kładziemy się jak do snu – jedna zwinięta w kłębek, druga rozciągnięta jak jaszczurka, trzecia na plecach z twarzą zwróconą ku kosmicznym przestrzeniom i innym światom. Słońce ogrzewa nas z troską, a my zatapiamy się w błogostanie – w energii ziemskiej czakry serca, kojącej jak samo Źródło.

 

Bijące w nas… serce świata

W pewnym sensie nigdy nie opuściłyśmy Glastonbury. A może raczej, Glastonbury nigdy nie opuściło nas? Zasiało w naszych duszach iskrę swojej energii, ciepła, dobra i prawdziwej magii. W pewnym sensie nadal leżymy tam, na wzgórzu. Ptasie śpiewy i pomruki wiatru tulą nas do snu. Słyszycie…?

Skomentuj

Twój komentarz musi zostać zaakceptowany przez moderatora zanim zobaczysz go na stronie.



x